WWW.GRENLANDIA.PL




Kalaallit Nunaat
Grønland
Greenland
Zielony Kraj


Opis Wyprawy


Strona główna





GALERIE:


Psy Grenlandii

Ilulissat

Lodowce

Grenlandi Kwiecień-Maj 2008

Pamiętam kiedy się to urodziło… przeglądałem skyscanner.net w poszukiwaniu celu na najbliższe pół roku i wpadła mi w wyszukiwarkę wyspa Kulusuk. Super, myślę sobie, Grenlandia … zacząłem kalkulować . Pierwsze obliczenia wypadły w zasięgu kilkumiesięcznego oszczędzania, wiec pomysł zaiskrzył. Jako ze z natury jestem człowiekiem, który najpierw zrobi później pomyśli, dlatego zanim moja rozsądna cześć związku (dziewczyna) wróciła z pracy, spotkałem się z kilkoma znajomymi i głośno oświadczyłem : ta aa da aa, jedziemy na Grenlandie !!! (Tu następuje oczywisty aplauz , każdy mówi jak fajnie, ale trochę zimno i takie tam). Silvia (moja dziewczyna pochodzenia słowackiego) zwariowała na punkcie pomysłu. Kupiliśmy jakieś książki na temat i do późnych godzin nocnych oglądaliśmy zdjęcia oraz szukaliśmy na necie informacji na temat Grenlandii. Po kilku obrazkach oboje wiedzieliśmy, ze nie ma odwrotu. Gdzieś tutaj Silvia zapytała mnie o koszty, a ja w pełni zaskoczony stawiłem czoła rzeczywistości. Okazało się, ze jasne, Kulusuk to fajna wyspa i nie ma problemu, tyle ze wylot jest z Islandii i tylko w okresie letnim. Na dodatek, żeby zobaczyć to co chcemy, trzeba polecieć z na zachodnie wybrzeże ‘zielonego lądu’ . Pozostała opcja AIR GREENLAND. Koszty lotów na 45 minut postawiły w znak zapytania przyszłość naszego związku, oraz spowodowały ze potrzebowałem się upewnić czy na pewno w naszym domu mamy kanapę . Zapadła cisza….. Usiedliśmy z kalkulatorem i zaczęliśmy kombinować… a może gdyby przestać oddychać?…. zupki chińskie ? …………. Jedziemy :). To było 2 miesiące temu….

Dzisiaj jest 18 lutego 2008 godzina 15:10, powinienem mieć już jakąś cześć kasy na bilety, a nie mam… Nie wiem czy damy rade . Odezwę się jak cos się urodzi…

1 marca 2008 14:26. Gdzieś w międzyczasie Silvia rzuciła pomysł zabrania z nami mojego syna Kamila (12 lat). Na początku podszedłem do tego sceptycznie. Nie byłem do końca pewny czy takie klimaty go zainteresują, plus noclegi na lotnisku oraz nieznanej jakości hostele… W końcu jednak dałem się przekonać, głównie dzięki argumentowi, ze dziecko inaczej pojmuje takie krainy i dla niego może to być zupełnie bajkowe przeżycie. Jedzie z nami :)



Zaczynamy!

26 kwietnia (sobota) lecę z Belfastu do Warszawy i stamtad pociągiem do Gdańska, by zabrać mojego syna Kamila. Następnego dnia rano obładowani plecakami i ubrani w zimowe ciuchy budzimy zdumienie na dworcu głównym w Gdańsku (jest piękny słoneczny poranek). W Warszawie pakujemy się w samolot linii Norwegian Air do Kopenhagi, gdzie czeka już na nas Silvia. Przed nami cała noc na lotnisku. Niewygodnie i drogo, oto co może powiedzieć przeciętny koczownik o tym terminalu. Rano sprawna odprawa i już ściskamy w dłoniach bilety do Kangerlussuaq na Grenlandii. Robimy kilka zdjęć czerwonemu Boeingowi z ogromnym napisem Air Greenland i wskakujemy na swoje miejsca. Czekają nas cztery godziny lotu. Po jakimś czasie za oknami zaczyna się objawiać kamienno lodowa pustynia bez jakichkolwiek śladów życia. Lądujemy planowo, ale musimy poczekać kilka godzin na kolejny lot, tym razem do Ilulissat, naszego miejsca docelowego (bardziej na północ). Wychodzimy na zewnątrz lotniska, gdyż ciekawość jest silniejsza od zmęczenia. Lotnisko posiada jeden pas, a budynki na około bardziej przypominają baraki niż infrastrukturę terminalu. Po twarzach zaczyna nas kąsać mróz, ale spodziewaliśmy się większego chłodu. Może być jakieś -5 st. Otoczenie lotniska nie wygląda przyjaźnie. Szare skały pokryte zwałami śniegu wywołują raczej nieprzyjemne wrażenie. Zdecydowanie oczekuję czegoś więcej od tej wyspy. Wracamy na lotnisko, kupujemy 2 typowe duńskie hot-dogi i jakieś owoce ( DKK 70). Zaraz potem się odprawiamy. Tu zaskoczenie, gdy miła pani wyczytuje nasze nazwiska z prośbą, abyśmy udali się do bramki z której odlatuje nasz samolot. Okazuje się, że wszyscy pasażerowie są już po odprawie ,więc piloci zdecydowali się wystartować pół godziny wcześniej . Fajnie! Podczas lotu przemiła stewardesa mówi nam z której strony mamy usiąść by mieć lepszy widok. Lecimy małym samolotem, który może pomieścić około 60-70 osób. Za oknem zaczynają pojawiać się pływające kry i góry lodowe. Zostajemy wpuszczeni do kabiny pilotów, by móc podziwiać widok przed nami. Świetne wrażenia i cudowny personel. Zza wzgórz wynurza się nasze Ilulissat. Wygląda jak kilkanaście kolorowych pudelek zapałek utkniętych bez ładu w śniegu. Lądujemy. Na miejscu bierzemy taksówkę do miasta (DKK 100), które jest oddalone od lotniska o jakieś 3 km. Prawie wszystkie samochody które tutaj widzę to auta terenowe. Jadąc zauważam mijające pomiędzy wzgórzami wody morza Baffina z pływającymi po nim ogromnymi bryłami lodu. Taxi podjeżdża pod sam hotel Cabb Inn. Patrząc na budynek myślę sobie, ze taksówkarz się pomylił, ponieważ stoimy przed długim barakiem przypominającym kantynę pracowniczą gdzieś na placu budowy. Jednak szyld na budynku nie pozostawia złudzeń. Na miejscu właściciel kasuje nas za siedem nocy i pokazuje nam pokój. W środku wygląda to już o wiele lepiej, jest ciepło, brzęczy jakiś telewizor ze swoim jedynym kanałem. Mamy także łazienkę tylko do swojej dyspozycji. Po rozpakowaniu się nie mija godzina i wszyscy wpadamy w objęcia snu. Odbija się nocka na lotnisku.

29 Kwietnia. Wstajemy rano, a obsługa hotelu proponuje nam zamianę pokoju na większy z czego skwapliwie korzystamy. Za oknem pada delikatny, aczkolwiek intensywny śnieg. Widoczność w porównaniu z wczorajszym dniem znacznie się pogorszyła. Zjadamy śniadanio-obiad w hotelowym barze. Dania raczej europejskie. Króluje pizza i frytki , dodatkowo troszkę kuchni azjatyckiej. Wychodzimy kupić mapę okolicy, aby moc opracować plan na najbliższe dni. Zaraz obok naszego hotelu znajdują się dwie agencje podroży. Jedna to World of Greenland, a druga Tourist Nature. W obydwu dogadujemy się bez problemu w języku angielskim. Ceny jednak bardzo szybko ściągają nas na ziemie. To nie jest miejsce dla niezależnych i średnio zamożnych podróżników…. Zamawiamy sobie na sobotę (wg prognozy ma być lepsza pogoda) rejs kutrem rybackim w okolice lodowca i postanawiamy ze resztę wypadów organizujemy sami, głównie polegając na własnych nogach. Łazimy nieco po mieście, zaskakuje nas duża ilość sklepów, głównie spożywczych. Natomiast już same budynki sprawiają wrażenie jakby były tu tylko na chwile, porażając nas prostotą wykonania. Tubylcy patrzą na nas życzliwie. Znakomita ich większość to Inuici. Zaglądamy do portu, gdzie obserwujemy kilku rybaków w skupieniu nabijających kawałki ryb na haki ,mające służyć jako przynęta dla ryb większego kalibru. Śmiesznie wyglądają dziesiątki przymarzniętych do lodu lodzi motorowych , sprawiających wrażenie jakby właściciele o nich zapomnieli. Spotykamy pierwsze psy , ale o psach później. Oczy nam uciekają w kierunku wody, gdzie pływają majestatyczne góry lodowe. Wieczorem w naszym hotelu jest dyskoteka, obiecujemy sobie, ze na nią pójdziemy, ale finalnie po raz kolejny zasypiamy zmęczeni. Hałasy z imprezy budzą mnie w środku nocy, za oknem jest szaro jak wczesnym wieczorem, tak właśnie wygląda tutaj barwa nocy w tym okresie. Potęguje to u mnie poczucie zmęczenia.

Jest 30 kwietnia rano. Właściciel hotelu dwoi się i troi, by zrekompensować nam hałaśliwą noc. Zaprasza nas do zjedzenia śniadania na parkiecie świeżo wypucowanej dyskoteki. Całkiem fajnie. Ruszamy później na południowy- wschód od Ilulissat . Już po 20 minutach marszu kończy się miasto a my staramy się łapać orientacje obserwując stosy pomalowanych na żółto kamieni, mających wytyczać trasę turystyczna. Wokół nas królują kamienne wzgórza pokryte śniegiem. Przypomina mi to Alaskę jaką zwykłem oglądać na zdjęciach znalezionych gdzieś tam na necie. Zbaczamy z trasy, gdyż nie możemy się oprzeć chęci łażenia po zaspach śnieżnych. Zewnętrzna skorupa śniegu jest dość twarda i na 20 kroków tylko raz lądujesz po pas w śniegu J . Nie jest to do końca bezpieczne , wyczytaliśmy gdzieś w przewodniku ze gdzieniegdzie znajdują się zasypane nawet 10 metrowe przepaście , jednak pragnienie płynięcia po śniegu przez te cudowne miejsca jest silniejsze. Mam uczucie jakby wyrosły mi skrzydła i czuje, ze mogę polecieć gdzie tylko chce nie wkładając w to najmniejszego wysiłku. Im dalej od punktu wyjściowego tym bardziej krajobrazy zaczynają zapierać dech w piersiach… Panuje absolutna cisza i tylko czasami słychać trzask pękającego lodu, którego kawały uderzają z impetem o taflę wody tworząc czy to kry czy tez góry lodowe. Pogoda nie jest najlepsza , jest pochmurno lecz mimo to lodowiec, który widzimy przed sobą nie pozwala pozostać obojętnym. Robimy dużo zdjęć, chwila refleksji i czas wracać do miasta. Wracamy kompletnie przemoczeni, nasze buty nie zdaja egzaminu, chyba jedynie Kamil nie ma litra wody w skarpetkach, ale to tylko dlatego ze jego skarpetki są najmniejsze. Odświeżamy się, a potem obiadokolacja w naszym hotelu. Obserwujemy lokalną młodzież, która na nasz widok stara się pokazać jak bardzo jest cool. Ubrani jak nasi rodzimi hiphopowcy stroją sobie żarty ze wszystkiego, chcą być tak bardzo europejscy. Uśmiecham się do nich i myślę sobie ze już chyba nigdzie na świecie nie istnieje to cos czego szukam w moich podróżach. Wieczorem właściciel ‘hotelo-dyskoteki’ zamyka naszą część na klucz (jesteśmy tu jedynymi gośćmi) ,skutkuje to tym, ze jedynym sposobem dostania się na imprezę jest kupienie wejściówki przed wejściem głównym. Początkowo chcemy tak zrobić, jednak na koniec zostajemy w pokoju i urządzamy sobie wieczorek organizacyjny.

1 Maja . Dzisiaj mamy ogromne plany związane z kilkoma jeziorami, które leżą w pobliżu miasta. Rzeczywistość jednak rozbiera nasz plan na czynniki pierwsze. Okazuje się, że ze względu na porę roku (jesteśmy tutaj poza sezonem turystycznym), drogi które miały nas zaprowadzić nad jeziora są zasypane śniegiem, a oznaczenia trasy zupełnie niewidoczne. Zaraz za miastem dołączają do nas dwa szczeniaki haski, które towarzyszą nam cały czas kiedy jesteśmy poza granicami miasteczka. Wiem, ze to śmieszne ale mam wrażenie jakby pilnowały naszego bezpieczeństwa… Po powrocie do Ilulissat znikają gdzieś miedzy domami. Zjadamy obiad, po czym ja z moim synem oddajemy się na kilka godzin w ręce nieśmiertelnych Heroes of Might and Magic. Silvia się nudzi :). Wieczorem wychodzimy podziwiać zachód słońca. Widoki przepiękne, robimy kilka niezłych zdjęć. Towarzyszy nam kolejny psi przyjaciel, który po zjedzeniu kotleta schabowego, absolutnie zakochuje się w kuchni Silvii. Wracamy do hotelu wysuszyć się i oglądamy dotychczasowo zrobione zdjęcia.

2 Maja , jest piękny słoneczny poranek, ale śniadanie w hotelu skromniejsze (przestają nas lubić ? :)). Plany są takie aby podejść jak najbliżej zamarzniętej części morza , może nawet na niej stanąć. Po drodze spotykamy człowieka, który opowiada nam o życiu (i śmierci) lokalnych psów.

Tutaj zatrzymam się na chwile by streścić Wam informacje jakie przekazał mi ten człowiek. Ze względu na to, iż populacja ludzi w tym mieście jest mniejsza niż psów (wg jego danych jest to stosunek ok. 4500 do 6000), mieszkańcy miasta kierują się ściśle wytyczonymi zasadami. Pies może biegać na wolności tylko do 6 m-ca życia, po uzyskaniu tego wieku uwiązuje się go na łańcuchu. Jakikolwiek pies powyżej tego wieku pojawiający się wolno w okolicach Ilulissat zostaje odstrzelony przez pracownika miejskiego, którego jedynym zadaniem jest właśnie taka selekcja. Ciekawe jest to, że tak naprawdę na Grenlandii jest bardzo mało wypadków pogryzienia człowieka przez psa. Już małe dzieci uczone są, by nie zbliżać się zbyt blisko zwierząt. Psy maja wydzielone tereny, przeważnie gdzieś na obrzeżach miast czy wiosek. Nasz przewodnik pokazuje mi rożne metody wychowania zwierząt. W swojej grupie ma dwa psy, które na jego widok szaleją ze szczęścia. Mówi mi ze te dwa osobniki są przykładem jak psów pracujących wychowywać nie wolno. Twierdzi, ze za dużo z nimi ‘rozmawiał’ i pokazuje mi kolejne dwa, jeszcze szczeniaki, które mimo iż są cały czas kolo jego nogi kiedy ten wyciąga do nich rękę cofają się trzymając bezpieczny odstęp 15-20cm od końca opuszków jego palców. Człowiek tłumaczy mi ze z tymi psami nigdy nie ‘rozmawia’ i ze będą to prawdopodobnie doskonale psy do zaprzęgu. Trochę mi żal tych pięknych stworzeń, ale właściciel tłumaczy mi ,ze w tak surowych warunkach jakie panują tutaj, aby przeżyć trzeba odrzucić sentymenty. Mówi mi także o tym, ze przeciętnie jest w posiadaniu 20 osobnikow, a zwyżkę populacji reguluje odstrzałem starszych sztuk. Ehhhh….. Pytam go o lokalny market psów, jeżeli w ogóle istnieje cos takiego. Odpowiada mi, że cena psa niezależnie od jego wieku czy jakości pomiędzy lokalnymi hodowcami jest od wielu lat taka sama i oscyluje w okolicach 160 polskich złotych. Natomiast jeżeli psa chciałby kupić turysta to jest to wtedy równowartość nakładów na wychowanie i wyżywienie dorosłego osobnika i kształtuje się w okolicach 4200 polskich złotych. Dziękujemy naszemu zaprzyjaźnionemu hodowcy i życząc szczęścia ruszamy dalej. Mamy fart gdyż przed nami ktoś dzisiaj szedł już tą trasą i zostawił po sobie ślady na śniegu, które znacznie ułatwiają rozpoznawanie podłoża. Dochodzimy na szczyt wzgórza, z którego do tafli zamarzniętego morza dzieli nas tylko 10 metrowa pionowa ściana skalna . Widok jest niesamowity. Lód zamarznięty po sam horyzont stworzył przedziwne kształty, przy których i sam Picasso poczułby się jak człowiek bez fantazji. Odbijające się w nich promienie słońca tworzą niezapomnianą symfonię kolorów. I ta cisza… totalna… Masz wrażenie ze dzieje się to tylko teraz i tylko dla Ciebie… Jeżeli istnieje Królowa Lodu to już wiem gdzie mieszka. Postanawiam zejść na dół, co budzi gwałtowne protesty mojej towarzyszki. Złażę, ale tutaj lodowa pustynia nie wygląda już tak stabilnie. Widać liczne pęknięcia i bulgoczącą wodę w szczelinach. Robie kilka świetnych zdjęć i wspinam się na gorę. Silvia jest na mnie zła, ale Kamil trzyma moja stronę. Wracając do miasta wpadam do supermarketu po kilka piwek. Tutaj ciekawa historia. Ze względu na problem alkoholizmu na wyspie są wprowadzone pewne ograniczenia dotyczące sprzedaży alkoholi. Po pierwsze odstraszyć maja ceny - butelka piwa 0.33 to koszt około 7 zł a butelka 0,5l wysokoprocentowego trunku to minimalnie koszt 130 zł . Innym ograniczeniem są godziny sprzedaży . Jest to odpowiednio od poniedziałku do piątku od 8:00 do 17:00 , sobota 11:00 do 13:00 (sic) , natomiast w niedziele alkohol jest wyłączony ze sprzedaży. Wracając do moich zakupów, wchodzę do sklepu ok. 17tej ,zabieram kilka butelek piwa, a przy kasie sprzedawca łamanym angielskim pyta mnie o której wszedłem na posesje. Odpowiadam ze około 16:50 i płace za towar ;-) . Susząc się spędzamy wieczór w hotelu.

3 Maja. Na dzień dobry agencja psuje nam poranek, ogłaszając że nasz rejs kutrem jest zapisany na jutro a nie dzisiaj…. Wkurzamy się, bo pogoda jest znakomita a my nie mamy nic więcej na dzisiaj zaplanowanego… W pospiechu sklecamy grafik na dzisiaj. Odwiedzamy muzeum Knuda Rasmussena , zresztą jedyne otwarte dzisiaj. Pozostałe dwa są czynne przez dwie godziny po trzy razy w tygodniu. Lokalne muzea udzielają standardowych zniżek ,miedzy innymi 50% dla dzieci poniżej 12tego roku życia. Zauważam nagle przez przypadek chyba jedyny bankomat w mieście. Okazuje się, ze działa on tylko w godzinach otwarcia oddziału banku a i to nie zawsze. Spacerkiem kierujemy się w kierunku hotelu Arctic, który to jest jedynym czterogwiazdkowym przybytkiem hotelarskim w okolicy. Wyczytaliśmy gdzieś, ze czasami z okien jego restauracji można dostrzec żyjące w okolicach dzikie zwierzęta. Hotel okazuje się być siedliskiem snobizmu i bezguścia. Obserwujemy kilka Igloo 21 wieku, wykonane z blachy i wyposażone w wygodne łóżka oraz wc. Oto jedna z atrakcji przygotowanych przez hotel dla ‘wybrańców’ chcących zakosztować ‘życia’ inuitów. Kilka zdjęć i spadamy. W mieście robimy drobne zakupy, jakieś fajne pocztówki oraz kilka drobiazgów na pamiątkę.

4 Maj. Śniadanie w hotelu wyprowadza mnie z równowagi. Pozostawiono nam przed drzwiami: płatki kukurydziane bez mleka, szynkę bez chleba oraz kawę bez cukru. Ze względu na brak personelu, pozostawiamy na wózku z jedzeniem notatkę z zapytaniem jak się za nie zabrać. Wychodzimy zjeść na mieście. Mamy dużo czasu (na rejs jesteśmy umówieni o 16tej). Zaglądamy do malowniczo położonego kościoła. Jest niewielki, myślę że może pomieścić nie więcej niż 100 osób. Mszę odprawia kobieta ubrana jak rasowy katolicki ksiądz. Pewna ciekawostka jest dla mnie podawane wiernym wino w miniaturowych kielichach. W kościele nie zauważam ani jednej młodej osoby, stad nasza obecność budzi nieco zdziwienie wśród zgromadzonych. Po mszy ruszamy znów w okolice miasta z tym ze tym razem towarzyszy nam o niebo lepsza pogoda. Monstrualnej wielkości lodowiec po raz kolejny otwiera nam usta, czy on nigdy nie wygląda tak samo? Zastanawiamy się głośno czy mamy szczęście będąc tutaj dzisiaj, czy tez pecha należąc do pokolenia, które nie umie lub tez nie chce uratować tego miejsca. Pewnie i jedno i drugie. Wracając zauważam, ze mój telefon odmówił posłuszeństwa. Wygląda to na nadmiar wilgoci. Wkładam swoja kartę do aparatu Silvii, gdyż częściej korzystamy z mojego numeru. Przed naszym hotelem okazuje się, ze klucz do drzwi frontowych jaki dostaliśmy od personelu nie pasuje do zamka…. Jesteśmy przemoczeni, a za godzinę mamy zaplanowany rejs. Tysiące prób z kluczem diagnozują tylko jedno, jest on nie do tych drzwi... Śmieję się w duchu, ze nie mieliśmy okazji nigdy sprawdzić jego działania, ponieważ ktoś z personelu był zawsze w środku. Staramy się w pospiechu zdobyć jakoś numer telefonu do szefa hotelu. Ktoś nam radzi, żeby poszukać w sklepie obok w książce telefonicznej. Ja zostaje z Kamilem przed hotelem, na wypadek najazdu właścicieli, a Silvia zaopatrzona w nasz ostatni telefon podąża do sklepu. Mija jakieś 15 minut i wraca z dobrymi wiadomościami, ale bez telefonu…. Właściciel Cabb Inn będzie za pół godziny przed budynkiem, a telefon komórkowy gdzieś tam w sklepowym zamieszaniu zmienił właściciela.. super… Przemoczeni, wściekli, bez kontaktu z bliskimi mamy przed sobą wizje rejsu w mokrych butach (brrrr….). Prawie w tym samym czasie pod agencje turystyczna podjeżdża samochód terenowy naszej pilotki, a pod hotelem kołuje śmieszny ‘prawie autobus’ menadżera hotelu. Prosimy nasza panią o 10 minut extra czasu i biegniemy zmienić skarpetki. Facet z hotelu nic się nie odzywa, ale widać ze sytuacja jest dla niego niezręczna. Zaopatrzeni w suche (na 10 minut) skarpetki i dobry klucz wskakujemy do jeepa. Dziewczyna wozi nas po wertepach, by finalnie wyrzucić nas w porcie gdzie czeka na nas mały rybacki kuter. Wypływamy z zatoki portowej czasem wymijając, lecz zdecydowanie częściej uderzając pływające po spokojnej wodzie kry. Jest z nami jeszcze kilkuosobowa grupa z Danii. Raj dla fotografa. Prawie dotykamy rękoma pływających gór lodowych, łódź natomiast sukcesywnie zbliża się do ogromnego lodowca. Im bliżej tym więcej pływających kawałków lodu. W odległości około 300 metrów od lodowca już nie płyniemy po wodzie, tylko z rykiem silnika przebijamy się przez lód. Rybak sterujący kutrem, ze sztubackim uśmiechem bawi się w RMS Titanic. Osobiście uwielbiam takie akcje, ale w oczach części towarzystwa dostrzegam nieco niepokoju oraz nerwowości. Jest mroźno, a nasze przemoczone buty jeszcze potęgują to wrażenie. Całą trasę kręcę materiał filmowy, zdając sobie jednak sprawę z tego, ze nie jestem w stanie zatrzymać tego momentu dla siebie na dłużej. To tylko kawałek marnej taśmy... Opływamy popękany lodowiec i rybak zaczyna powoli zawracać ku brzegowi. Lód uderza w kadłub powodując krzyki i gwałtowne ruchy lodzi. Po kilkunastu minutach sytuacja się stabilizuje, a my zbliżamy się ku portowi. Na miejscu już czeka na nas przewodniczka, która rozwozi nasza grupę po hotelach. Grzejemy się w pokoju hotelowym, a mi udaje się uruchomić zamoczony telefon. Pakujemy się oraz organizujemy sobie z pomocą pilotki z agencji poranną taksówkę na lotnisko.

Rano jedziemy na terminal. Sam nie wiem czy jest mi smutno czy się cieszę. Mam mieszane uczucia. W przestworzach spoglądam na tą surową krainę przyjaznych ludzi. Macham do niej ręką, bo już pewnie nigdy tu nie wrócę, a jeżeli nawet to nie do takiej jej formy. Ośnieżone kamienie znikają gdzieś w zalewie brunatnych fal, ostatnie spojrzenie w tył ale już nie widać nic za wyjątkiem horyzontu chmur zlepionych z wodą. Za jakiś czas wybrzeże Skandynawii uderza nas w oczy kolorem zielonym… Boże, przecież tam nie było nawet jednego drzewa….





Pozdrawiam wszystkich, którzy dotrwali do tego momentu. Gdyby ktoś wybierał się na największą wyspę świata lub tez uważał, ze moje doświadczenia z Grenlandii mogą mu w czymkolwiek pomoc, to czekam na email pod adresem tpmp3/małpka/hotmail.com

Pozdrawiam serdecznie

Konrad Sławiński


Skomentuj na Forum



ISLANDIA - Gorąco polecamy najlepszy polski serwis o Islandii



© Ludzie Zielonego Kraju